Opis podrózy – etap 4 – o tym, jak spotkaliśmy Antychrysta, droga na oazę Azmighan

Dzień rozpoczął się wybornie, mianowicie nasz nowy opiekun postanowił, że zwiedzimy jeszcze kilka mieszkań swoich przyjaciół. Na śniadanie wylądowaliśmy u Abiego, prawdopodobnie najbardziej rozgarniętego Persa w okolicy. Właśnie z nim postanowiliśmy później zrobić nagranie do naszego projektu filmowego. Po poznaniu Abiego, zawitaliśmy do mieszkania kolejnej osoby, które wreszcie stało się godne według standardów naszego gospodarza zaserwowania nam śniadania i się rozgościliśmy. W kącie spało dwóch chłopaków, Ali wskazując na nich mówi: „he is an addict!” Cóż to może znaczyć, zachodziliśmy w głowę, „cocaine, cocaine”, po chwili dodał tajemniczym tonem wybałuszając oczy… No tak, kokaina z Afganistanu, łatwa w zdobyciu i tania 😉 Pokazując śpiące zwłoki Ali zakomunikował nam, że jutro Ci dwaj, dziś niedyspozycyjni będą jechali do Kermanu, możecie się z nimi zabrać… Pomyśleliśmy że raczej podziękujemy, wyobrażając sobie to więzienie, w którym byśmy wylądowali za jakiś szwindel przemytniczy. Ali kontynuuje dyskurs: powiem wam chłopaki że „my wife is sadly”, – sadly? chyba sad?!, no może i tak, mówi Ali, „my wife is sadly” powtórzył, pytamy się dlaczego, na co Ali odpowiada – „bo palę fajki”, – „ale ona nic nie wie”, dodaje, byśmy się nie wygadali… No okej, nie puścimy pary z ust, tym bardziej że nie możemy z nią rozmawiać :-). Ali następnie spytał sięnas o wyznanie, – ee yy, no my tam nie za bardzo, ale w Polsce to ludzie religijni są, prawie sami katolicy tam mieszkają odpowiedzieliśmy dyplomatycznie. Aha, stwierdził ukontentowany Ali. Bo wiecie, co? Powiem wam coś ( i tu przybrał ponurą, tajemniczą minę i ściszył głos) mówiąc: „I am an Antichrist”! Żebyście widzieli ten moment, jego wyraz twarzy, sposób w jaki to powiedział, nie wiedzieliśmy czy pęknąć ze śmiechu czy raczej wziąć go na poważnie. Od teraz, każdy ateista dla nas będzie Antychrystem 😉 Potem nam wytłumaczył, że po prostu nie jest praktykującym muzułmaninem, ale też prosił, byśmy znów nie wygadali się żonie i jej rodzicom… Dowiedzieliśmy się też później że Iran nie jest krajem dla młodych ludzi, ponieważ nie ma w nim wolności dla młodego mężczyzny… Cokolwiek to miało znaczyć, już dawno to sami stwierdziliśmy i w bólu Aliemu współczuliśmy.

No cóż, mijała już 2 godzina śniadania a my nadal nie zdołaliśmy wytłumaczyć chłopakom czym jest autostop, ponieważ co chwila powracał temat biletu na autobus. Nie chcieliśmy już jechać autobusami, pomimo tego, że były tanie, ale był poranek i byliśmy na wsi, więc chcieliśmy się sprawdzić jako autostopowicze. No dobra, chłopaki wiozą nas na wylotówkę z miasteczka. Zostawili nas, odjeżdżając za zakręt i skrzętnie przyglądając się co ci śmieszni biali będą robić. Pewnie mieli duży ubaw. Napisaliśmy kartkę z nazwą miejscowości – Tabas i tak po 5 minutach zebrało się pół wsi, każdy chciał pomóc, podwieźć, pogadać skąd jesteśmy, coś nam powiedzieć, ale my nie wiedzieliśmy co. Nagle chłopaki podjeżdżają z piskiem opon, prawdopodobnie krzycząc: „to nasi biali!!! My mamy prawo im pomagać”! I tak chłopaki uratowali nas z tej śmiesznej sytuacji, podwożąc nas jakieś 60km dalej, do lepszego miejsca do łapania stopa za miejscowością Bardaskan. Po 5 minutach zaczęło się to samo: zjechali się motocykliści, kilku taksówkarzy i kilku przypadkowych przechodniów. Mieliśmy w planie nagrać krótki film pt. „prawdziwy podróżnik ma wielu pomocników”, ponieważ koniec końców mili motocykliści złapali nam autostopa. Wsadzili nas  do auta, które jechało w pożądanym przez nas kierunku i zapewnili nam motocyklową obstawę. Nie ma to jak wozić się jak białas po Iranie :-). Jedziemy prze pustynię, 130km/h starym pegueotem 405, jakich na pęczki w tym kraju. Kierowca zawozi nas na posterunek policji. Stwierdził pewnie, że musi spełnić swój obowiązek obywatelski i zostawić dwóch dziwolągów z zachodu na policji, tam będą bezpieczni, w końcu tu sama pustynia, a Afganistan też niedaleko. I tak spędziliśmy 45 minut na posterunku policji, przy skrzyżowaniu dróg na Kerman oraz Teheran. Pogadaliśmy sobie o autach z policjantami, pooglądaliśmy kałachy, oni pooglądali nasze paszporty, prawie w siatkówkę zaczęliśmy grać! Fajne chłopaki z tych policjantów, nawet nam napisali po farsi nazwę miejscowości do której jechaliśmy…i  zatrzymali dla nas luksusowy samochód – hyundaia sonatę, który jechał tam, gdzie chcieliśmy! Dostaliśmy paszporty spowrotem i pod auspicjami policji, mogliśmy jechać bezpiecznie na południe 😉 Autem jechało trzech starszych panów, bardzo schludnie ubranych, wyglądających na naukowców. Stwierdziliśmy z Mateuszem, że pewnie są fizykami jądrowymi i jadą do jakieś instalacji wzbogacającej uran ulokowanej na środku pustyni, z dala od satelit i dronów CIA 🙂 Orzeszki, ciaj i pistacje na pokładzie zapewnione:P Po 2 godzinach prób komunikacji (panowie nie mówili ni w ząb po angielsku) zostaliśmy wysadzeni na legendarnej oazie, do której pędziliśmy od kilku dni z polecenia naszego kolegi Michała z Krakowa.

Michał przemierzył cały Iran autostopem w wakacje minionego roku i mocno nam polecił udać się w to miejsce. Miał chłopak rację. Oaza, może nie aż tak spektakularna jak w Maroku (zresztą sami oceńcie po zdjęciach) zaspokajała wyobrażenie egzotyki, dla nas, Polaków. Trafić do niej można jadąc z miejscowości Tabas w środkowo-północnym Iranie, 30 km na północnym wschód. Przy oazie ulokowała się mała, pustynna wioska o miejscowości Azmighan. Zrobiliśmy mały rekonesans po oazie, pozachwycaliśmy się widokami i pięknymi górami dookoła, nagraliśmy kilka filmów  i postanowiliśmy kontynuować podróż. Ruch z wioski do głównej drogi był niewielki, ale udało się nam złapać pick-up’a! W ten sposób spełniliśmy nasze marzenie, aby przejechać się takim własnie autem, rodem z amerykańskich filmów drogi oraz powieści bitników typu Jack Kerouac, z widokiem na księżycowy krajobraz. Obejrzycie film w linku. Po 30 minutach ( przesiedliśmy się z paki do kabiny, więc nie wiało już później tak mocno), byliśmy w miejscowości Tabas. Zachodzimy do knajpy przy dworcu, pytamy się – „do you have something to eat” – „sandwich”!!! krzyczy uśmiechnięty sprzedawca, no dobra niech będzie piep#$%^@ kebab codziennie… Fuj! Ileż można, no ale nie mieliśmy dużego wyboru tego dnia. Zbliżyliśmy się do stacji autobusowej, z celem rozpoznania możliwości podróżowania na południe, ale niestety już po zmroku z tej małej miejscowości nic nie jeździło. Pokrzyczeliśmy sobie z kilkoma pracownikami stacji o możliwościach podróżowania dziś czy jutro czy wczoraj, tu i tam, za tyle i tyle, z czego nic nie wynikło, poza tym że jeden pan zawiózł nas na pobliską stację kolejową. Tam udało się nam ustalić, że wkrótce będzie pociąg nocny do Kermanu, gdzie chcieliśmy w sumie jechać. No ale, jak by inaczej, nie było biletów, albo nie mogliśmy ich kupić. Później okazało się, że były wolne miejsca i dostaliśmy przydział w pięknej kuszetce, przy której polskie koleje powinny się wstydzić. Zanim wsiedliśmy do pociągu, odpoczeliśmy na stacji kolejowej, które w Iranie są bardzo schludne, czyste, funkcjonalne i bezpieczne, w przeciwieństwie do wielu dworców w Europie. Zgodnie stwierdziliśmy, że wreszcie przeżyliśmy dzień, w Iranie o jakim marzyliśmy – zobaczyliśmy piękne krajobrazy iście z Marsa – pustynie, oazy, pustynne wioski oraz przepastne doliny. Było na dodatek bardziej wesoło niż stresowo. Przepakowaliśmy plecaki, czyszcząc je z różnego zbędnego badziewia i około godziny 21 odjechaliśmy nocnym pociągiem w kierunku południowym, rozkoszując się łóżeczkiem w schludnym przedziale.

Jedna myśl w temacie “Opis podrózy – etap 4 – o tym, jak spotkaliśmy Antychrysta, droga na oazę Azmighan

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s