Opis podróży – etap 4 – podróż po Iranie: Mashad – procesja szyicka i Koszmar

Dnia 2 stycznia 2014 roku o godzinie 4:30 nasz autokar dojechał do ogromnej i bardzo nowoczesnej stacji autobusowej w Mashadzie, irańskiej Częstochowie, czy jak kto woli Mecce. Nazwa miasta oznacza po arabsku miejsce męczeństwa, i jest ono celem pielgrzymek muzułmanów, podobno w ciągu roku przybywa ich tu 20 mln. Mashad jest też drugim największym miastem w Iranie, liczącym prawie 3 mln mieszkańców. Zupełnie nieświadomi faktu, iż od tygodnia w tym mieście odbywa się jedno z najważniejszych świąt w świecie szyitów, po krótkim noclegu na stacji autobusowej, postanowiliśmy wyruszyć do centrum miasta. W związku z świętem religijnym, oraz obchodami śmierci Imama Rezy, jednego z proroków w islamie, do miasta od kilku dni przybywać zaczęli pielgrzymi, nie tylko z całego Iranu ale też z sąsiednich krajów Azji Centralnej  – Turkmenistanu, Afganistanu, oraz krajów Bliskiego Wschodu. W efekcie, przejście przez szerokie bulwary i prospekt prowadzący do Imam Reza Shrine (link do wikipedii po angielsku) – największego wg objętości meczetu na świecie stało się iście wyzwaniem.

Przemarsz bulwarem o długości około 3km i szerokości autostrady od stacji autobusowej do meczetu zajął nam ponad 3 godziny. Podczas spaceru byliśmy świadkami bardzo ciekawych pochodów, procesji, przejść różnych odłamów religijnych, sekt oraz wyznań. Oddając cześć wielkiemu prorokowi miastem przechadzały się grupy mężczyzn ubrane na czarno biczując się specjalnymi przyrządami, w rytm bębnów. Inni wyznawcy biczowali się własnymi rękami po twarzy, w rytm psychodelicznej muzyki. Ogromny tłum żałobny sunął wielkimi ulicami w rytm bardzo głośnej, psychodelicznej muzyki oraz pojękiwań imamów. A do tego dookoła na ulokowanych po bokach straganach można było kupić lody, zjeść darmową zupkę oraz napić się gorącej herbaty! Około południa udało nam się dotrzeć do tego przeogromnego meczetu, który prawdopodobnie miał powierzchnię miasteczka średniej wielkości w Polsce. Zwiedziliśmy meczet dość powierzchownie, będąc bardzo zmęczonymi po tej ogromnej procesji i hałasowi jej towarzyszącemu. Następnie sprawdziliśmy rozkład jazdy pociągów z celem wyjechania z miasta. Niestety, wszystkie miejsca na pociągi dokądkolwiek były już wyprzedane na najbliższe dni. Wróciwszy inną drogą, starając się ominąć ten ogromny bajzel, dotarliśmy około godziny 18 na stacje autobusową. Najbliższe godziny miały stać się istnym piekłem na ziemi.

Stacja autobusowa, nie mniejsza niż meczet wyglądała jakby miała wybuchnąć. Przemieszczał się przez nią tłum ludzi, podróżnych, pielgrzymów, nawoływaczy firm przewozowych oraz sprzedawców przeróżnego badziewia. W całym tym bałaganie zajęło nam ponad 2 godziny porozumienie się z kimkolwiek z celem ustalenia dokąd mogliśmy pojechać, bliżej czy dalej, aby na południe z miasta. Żadnych biletów do Tabas ani do Kermanu nie było, albo pojawiały się na minutę lub znikały (zjawisko paranormalne, ciężkie do wyjaśnienia dla nas, wielbicieli polimatów i prozy Tolkiena). Po 2 godzinach wspólnej walki z różnymi pomocnikami po prostu siedliśmy przed wejściem na dworzec na naszych plecakach i postanowiliśmy odpocząć od tego zgiełku, jako że byliśmy ekstremalnie wycieńczeni, zaś nasze zmysły powoli przestawały działać. Jest to początek bardzo niebezpiecznej sytuacji, w której podróżnik zaczyna podejmować błędne decyzję pod wpływem dużego stresu oraz braku bezpieczeństwa socjalnego. Dlatego też usiedliśmy jak te owieczki przed głównym wejściem i odpoczywając, czekaliśmy na dalszy rozwój wydarzeń. Mateusz wrócił z setnej próby zdobycia biletów dokądkolwiek, a Czarek nagle usłyszał dziadka krzyczącego Koszmar! Koszmar! Koszmar! Wydało się to iście zabawne, w całej złożoności tej beznadziejnej sytuacji. Spojrzeliśmy na mapę i stwierdziliśmy, że ten cały Koszmar – czyli miejscowość, jest nam po drodze! Szybka gadka z dziadkiem i w efekcie kuli śniegowej, jesteśmy już w autobusie na południe! Tego wieczoru szczęście się do nas uśmiechnęło. Autobus jechał jakieś 4 godziny przez zaśnieżoną pustynię… czymkolwiek to jest…przemierzając ponad 250 km.

Po godzinie udało nam się odzyskać zmysły, i zacząć myśleć racjonalnie, analizować co zrobimy w tej miejscowości, skoro dojedziemy na jakąś 23 w nocy. Na szczęście dla nas, pewien młody człowiek, po namowie swojej żony która się bardzo chichrała na widok obcokrajowców rozpoczął rozmowę. Where are you from, where do you live, what’s your name itd, itd. Po 5 minutach mieliśmy zapewniony nocleg! Spadliśmy na cztery łapy, dziękując naszej aurze zagubionych podróżników. Około 23 z naszym nowym kolegą i jego żoną wysiedliśmy w miejscowości Khalil Abad, skąd udaliśmy się taksówką do wioski gospodarza. Tam skonsumowaliśmy kolację, (kobiety z daleka, schowane za ladą kuchni z uśmiechem się nam przyglądały, a mówiły lepiej po angielsku niż gospodarz, 24 letni Ali, ale nie mogły z nami nawiązać żadnego kontaktu). Chcąc zrobić zdjęcie, żona i siostra Aliego także musiała zniknąć z pola widzenia… No cóż, około godziny 1 byliśmy już w kolejnym mieszkaniu kolegi naszego gospodarza, który podobno zgubił klucze do swojego i nie mógł nas tego dnia gościć i oglądaliśmy program publicystyczny  o tym, jak amerykańskie drony zabijają muzułmanów…

Jest prysznic i ciepłe łóżko, co by się nie działo, można było iść spać po szalonym dniu….

Jedna myśl w temacie “Opis podróży – etap 4 – podróż po Iranie: Mashad – procesja szyicka i Koszmar

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s